Jesteś w: Strona główna Relacje Jak jaki na niebie…, czyli konno przez Mongolię!

Jak jaki na niebie…, czyli konno przez Mongolię!

15 listopada 2014

Mongolia pachnie jaczym masłem i modrzewiowymi szyszkami, palonymi w ognisku. Smakuje baranim mięsem, zieloną, słoną herbatą z mlekiem i świeżym chlebem na zakwasie. Czaruje przestrzenią, błękitem nieba i przejrzystością iglastych lasów. Zaskakuje różnorodnością krajobrazu, szumi w uszach chłodnym wiatrem , zachwyca, rozśmiesza, ale też czasem rozczarowuje, irytuje i nie daje się zrozumieć. Jest jak artystyczna mozaika, obok której nie sposób przejść obojętnie i z której każdy wybierze sobie pasujący mu odłamek. Ale żeby wybrać, najpierw trzeba doświadczyć! A było tak: dziewięciu jeźdźców, sześć koni jucznych, czterech mongolskich przewodników, jeden pies oraz 400 km wspólnej przygody. Jakby tego było mało, wysokimi przełęczami podążał za nami tajemniczy Ałmas, do ogniska dosiadał się sam Czyngis-chan, a z namiotów słychać było szum morza, którego nie ma…

– A znacie taką słynną, polską piosenkę? ,,Jak jaaaaki na nieeebie!!!”- rozradowany głos Wojtka, mijającego nas  na swoim, zawsze nieśpiesznie przemieszczającym się rumaku, oderwał każdego od absorbującej obserwacji, otaczających nas ze wszystkich stron, długowłosych przeżuwaczy. Piaszczysta droga, wyprowadziła nas chwilę wcześniej z, pożółkłego już jesiennie lasu, na płaską polanę, opanowaną przez czarne, łaciate, białe oraz jasnoszare zwierzęta. Trwały tam, absolutnie nieporuszone faktem, iż dziewiętnaście koni, usiłuje lawirować między nimi, jakby były słupkami kiepsko rozplanowanego slalomu. Wtedy doznaliśmy olśnienia! Słowem wytrychem, a zarazem kluczem do zrozumienia mongolskiej rzeczywistości okazał się być JAK! No i faktycznie, przez głowę zaczęły przewijać mi się urywki rozmów z Boldo- szefem, towarzyszących nam przewodników: ,,Wyruszymy  JAK złapiemy konia, który nam uciekł.”; ,,Zatrzymamy się JAK znajdziemy dobre miejsce.” ,, Będziemy na miejscu JAK dojedziemy.” JAKby się tak nad tym dłużej zastanowić, to cała nasz wyprawa zdominowana była przez najrozmaitsze postaci JAK-ów, także tych, serwowanych na obiad z kaszą lub makaronem (tzw. JAK-ów instant), ogrzewających nasze stopy (tzw. skarpet) czy wreszcie niedających w nocy zasnąć (tzw. JAK-ów muuuuczących 1)! Podejrzewam, że byli wśród nich także szpiedzy z tajnej jednostki JAK (Jawnie Atakuj Koniarzy), którzy, poukrywani za wysokimi, drewnianymi płotami, nadzorowali nasz wyjazd z Hatgal prawie trzy tygodnie wcześniej. Wyruszyliśmy z tej niewielkiej miejscowości, przytulonej do południowego krańca Jeziora Chubsuguł, głodni nowych przygód, wrażeń i krajobrazów, a wróciliśmy głodni… naprawdę- marząc jedynie o zimnym piwie i czekoladzie, lecz w dalszym ciągu z apetytem na więcej! Na jeszcze więcej godzin w siodle, widoków zapierających dech, kubków porannej herbaty przy ognisku, piosenek intonowanych niskimi mongolskimi głosami, kąpieli w lodowatej wodzie, wiatru na zdobywanych szczytach i słońca w dolinach.

Bolek i Lolek, Speedy Gonzales, Mietek, Paker Kabanos, Ałmas, Maniek, Misiek, Wiesiek oraz Jak Jaczy- mimo iż mongolskim koniom nie nadaje się imion, nasze rumaki już po dwóch dniach, zasłużyły sobie na własne pseudonimy. Spędzaliśmy, przecież na ich grzbietach po kilka godzin dziennie, gdy niosły nas brzegiem jeziora, wyschniętymi korytami rzek gór Khoridol Saridag, rubieżami Ułan Tajgi, trawiastymi połaciami Kotliny Darchadzkiej czy pograniczem dostojnych Sajanów i Bajanów. Wierzchowce były zdumiewające! Niestraszne były im ostre kamienie, strome podjazdy, głębokie brody czy podmokłe zagłębienia. Jak zwykł mówić Boldo: ,,mongolian horses are never tired!”. W Mongolii jednak, koń nie pełni roli ukochanego pupilka. Jest towarzyszem podróży, często nieobliczalnym, nie do końca oswojonym, rzadko w pełni rozumianym, a czasem i niebezpiecznym, ale zawsze traktowanym z szacunkiem oraz troską.

Świat oglądany z końskiego grzbietu wygląda inaczej. Podryguje w rytm przyśpieszonego kłusa lub zamazuje swoje kontury, rozbujany szalonym galopem. Krajobraz przesuwa się jak film, którego reżyser, raz za razem, zmieniał koncepcję osadzenia plenerów zdjęciowych. A wachlarz możliwości jest niewyobrażalny! Od olbrzymich połaci bagien, porośniętych wełnianką i dzikim czosnkiem, przez góry- pastelowe, piarżyste, otulone kobiercem miękkich mchów i borówki brusznicy, przyprószone pierwszym, jesiennym śniegiem, aż po step- bezkresny, poprzecinany niewyraźnymi liniami dróg,…zabałaganiony? Przed osławioną, daleką linią horyzontu, wzrok zatrzymuje się bowiem, na nadgryzionym, różowym kaloszku, błyszczącym pedale od motoru, urwanym pasku klinowym, wysuszonej jaczej kupie i kolejnej, i następnej, a tam jeszcze jednej… Step w Kotlinie Darchadzkiej, podziurawiony wejściami do licznych norek, przypomina żółty ser, skutecznie obalając tym samym, moje wyobrażenia o nim, jako całkowicie równej powierzchni. Na dodatek, w czasie naszej podróży, staje się w miejscem zbrodni- Killer zabija suslika! Po czym porzuca swoją ofiarę i podąża w ślad za nami już do samego końca. Grzeje się przy naszym ognisku, podkrada nam baranie kości, przeznaczone na rosół, ale też niestrudzenie towarzyszy, nawet w trudnym, skalnym terenie i głośno szczeka, pilnując obozowiska po zmroku- konna ekipa powiększa się o psa! Od tej pory nie musimy już lękać się, że Ałmas podejdzie zbyt blisko namiotów, zwabiony, schowanymi na czarną godzinę, galaretkami w czekoladzie.

Noc. Nad głową gwiazdy, a pod stopami wąska, kamienista plaża, o którą zimny wiatr niestrudzenie rozbija spienioną wodę Chubsugułu- aktora o wielu twarzach. Za dnia, oświetlone słonecznymi promieniami, mami turkusową taflą, niczym pocztówkowa riwiera, po zmroku zaś, perfidnie oszukuje, naśladując szum fal morza, którym nigdy nie będzie. Bo wieczór to czas dla wyobraźni. Przy ognisku towarzyszy nam zatem wielki Czyngis-chan! Jego obecność podsyca atmosferę, rozmowy płyną wartko, śmiech niesie się daleko, ruchy stają się płynniejsze, wzrok jakby lekko zamglony. Wódź oddał nam tej nocy całe swoje wnętrze, aż do ostatniej…kropli. Jak dobrze, że przed nami jeszcze jedna osada, przed powrotem na południe- znów będzie można zaprosić słynnego chana  w krąg światła!

Każda przygoda dobiega kiedyś końca. Trzeba wtedy zejść z wygrzanego siodła, przywiązać konia do słupka, poodpinać popręgi, ostatni raz spojrzeć na jezioro i podsumować wyprawę słowami Wojtka: ,,Ałmasa nie znaleźliśmy, są straty w ludziach- Staszek się zgubił, ale za to mamy barana, przeżyjemy jeszcze parę dni. Poszukiwanie Ałmasa zamieniliśmy w ucieczkę przed Ałmasem. Uciekaliśmy przez góry, doliny, śnieżyce, po drodze nawet Wigilia nas zastała. No i to by było na tyle.” A jeśli zastanawiasz się dociekliwy czytelniku, kimże jest ten Ałmas, ja niestety nie udzielę Ci odpowiedzi na to pytanie. Mogę jedynie wskazać kierunek. Do Mongolii. Do Krainy Wiecznie Błękitnego Nieba…

Aleksandra Dąbrowska

1 W języku mongolskim słowo ,,muu” znaczy ,,zły”.

  Zdjęcia: Jasiek Myśliński i Wojtek Nowiński