Jesteś w: Strona główna Relacje Karpaty ukraińskie w 3. etapach

Karpaty ukraińskie w 3. etapach

16 stycznia 2014

Relacja autorstwa Jaśka Myślińskiego

To już trzeci TABUNowy wyjazd tego typu na Ukrainę. Poprzednie, tygodniowe rajdy skupiały się na Borżawie, paśmie górskim w łuku Karpat, znajdującym się najbliżej ukraińskiej Polany, gdzie wynajmowaliśmy konie. Tym razem rajd miał trwać trzy tygodnie i oprócz znanej nam Borżawy miał objąć swoim zasięgiem Połoniny: Kuk, Krasną oraz Świdowiec. Szykowała się więc nie lada wyprawa w nieznane.

Termin ustaliliśmy na wrzesień, teoretycznie okres już bez upałów i częstych burz. Nie powinno być też problemów ze znalezieniem kawałka trawy dla naszych hucułków, w końcu okres wypasów już się kończył, a i tak większość trasy miała przebiegać grzbietami jeszcze zielonych połonin. Podzieliliśmy rajd na trzy etapy, na każdym z nich była inna ekipa uczestników, którzy byli „wymieniani” na Słowacko – Ukraińskim przejściu granicznym, w Ulbie / Małym Bereznym.

ETAP PIERWSZY

O świcie 7. września, siedmioosobowa grupa w niebieskim Defenderze, z wypełnioną po brzegi przyczepą, ruszyła ku prawdziwej przygodzie. Szybko pożegnaliśmy się z Polską i  przemknęliśmy przez Słowację. Na granicy nie obeszło się jednak bez problemów – łapówka to niestety ciągle lubiany „zwyczaj” na Ukrainie. Po zatankowaniu do pełna, w przeliczeniu 3 zł za litr, ruszyliśmy po dziurawej drodze na wschód. Sześć godzin, w tym postój na granicy, tyle nam zajęło dotarcie na miejsce, czyli około 250 km od Tabunu. Akurat trafiliśmy na odbywającą się „ścieżkę huculską”, która przeciągnęła się do wieczora.
Następnego dnia po odebraniu i zapoznaniu się z końmi, jeźdźcy ruszyli w kierunku Borżawy. Ja natomiast, po przepakowaniu rzeczy z przyczepy do Land Rovera, ruszyłem w poszukiwanie miejsca na biwak. Dzień wybitnie gorący dał się we znaki jeźdźcom, którzy po ośmiu godzinach przeprawy przez leśny gąszcz, dotarli nad rzekę i z radością otworzyli chłodzące się w niej piwo. Potem pyszna kolacja przy ognisku i opowieści, które stały się swoistym rytuałem, kończącym każdy dzień. Nikt wtedy nie przypuszczał, że taki upał się już więcej nie powtórzy.

Rankiem sześcioro śmiałków ruszyło pokonać jedno z największych przewyższeń tej wyprawy, czyli około 1300 metrów, by zdobyć najwyższy szczyt Borżawy – Stoch 1681 m. n.p.m. Ja natomiast, jak zwykle miałem być pierwszy, tym razem na grzbiecie połonin, pod Wysokim Wierchem.  Dzięki mapie i miejscowym, którzy przeważnie wskazywali lepszą drogę, dotarłem w umówione miejsce na wysokość około 1450 m. n.p.m. na czas. Szybko wziąłem się za rozstawianie ogrodzenia. Na niebie pojawiły się cirrusy, zapowiadające zmianę pogody. Rajdowicze wraz z końmi, zmęczeni ale szczęśliwi, dotarli do obozu. Dotarło też, niestety – chłodniejsze powietrze i gęste chmury, które zaczęły osiadać na grzbietach gór. Nieprzewidziane odwiedziny trójki motocyklistów przerwały rozstawianie namiotów. Poratowaliśmy Austriaków wodą, uzupełniając zbiornik chłodnicy motocykla. Zjedliśmy szybką kolację, tym razem zrobioną na gazie gdyż drewna na tej wysokości brak! Głośnie rozmowy ustąpiły  przyjemnej ciszy, przerywanej  czasem szumem wiatru. Zasnęliśmy…

Rankiem promienie wschodzącego słońca  wdarły się do namiotu budząc nas ze snu. Na zewnątrz ujrzeliśmy pod nami morze chmur przykrywające ziemię po horyzont. Wyszliśmy z namiotu, rozgrzewając się gorącą herbatą i kawą. Konie pasły się w wysokiej trawie, a nad nimi widniały oświetlone szczyty, przez które przewalały się kłęby białych chmur. Właśnie dla takich widoków tu przyjechaliśmy!

Po spakowaniu auta, każdy ruszył w swoją stronę. Jeźdźcy przez cały dzień przejechali główny grzbiet Borżawy. Ja natomiast zjechałem w dolinę, uzupełniłem prowiant i ruszyłem w poszukiwaniu drogi na przełęcz, gdzie mieliśmy się spotkać. Podjazd okazał się suchy i nie stwarzał żadnych problemów z dotarciem na miejsce. Rozstawiłem namiot i zanim rozpaliłem ognisko cała ekipa była już w komplecie. Konie wpuściliśmy za ogrodzenie. I przy czerwonym zachodzie słońca planowaliśmy dalszą trasę w nieznany już teren.

Dzień zaskoczył nas sporym ruchem turystycznym. Na grzbiecie minęła nas samochodami grupa z Polski, a potem dwie piesze, z Rosji i Ukrainy, które rozbiły się nieopodal na nocleg. Postanowiliśmy, że kolejne dwa dni pojadę tą samą trasą co konie. Według mapy przez Połoninę Kuk (1361 m. n.p.m.) prowadziła droga, którą jak się okazało bez problemu pokonałem Defenderem. Tym bardziej konie nie miały żadnych problemów, jedynie jeźdźcom od czasu do czasu dokuczał drobny deszcz. Gdy wieczorem rozpadało się na dobre my, już przy ognisku, piekliśmy grzanki pod rozciągniętą plandeką. Od tego dnia plandekę rozwieszałem codziennie.
Następnego dnia ruszyliśmy zalesionym grzbietem, przerywanym licznymi polanami. Na jednej z nich spotkaliśmy stado „dzikich koni”, które zaciekawione, ruszyły galopem w naszą stronę. Ogier szybko zareagował i zabierając stado pozwolił nam spokojnie odjechać. Gęsta mgła skutecznie utrudniała nawigację, a droga, którą jechaliśmy zaczęła zmieniać się w ścieżkę. W pewnym momencie całkiem się skończyła, a według mapy zostało jeszcze kilka kilometrów do najbliższej wioski. Odwrót samochodu wiązał się z wielogodzinnym oczekiwaniem jeźdźców w dolinie, dlatego też postanowiliśmy poszukać innej drogi… Defender zwinnie przejechał przez rzadki las, wprost na polankę, gdzie znów pojawił się żółty szlak pieszy, który miał nas doprowadzić do Niżne Bystre.
Nasze zadowolenie nie trwało długo, szlak zaczął schodzić ostro w dół, a zwalone drzewa uniemożliwiły dalszą jazdę. Wyciągnąłem z bagażnika piłę spalinową i wzięliśmy się do roboty. Po chwili ruszyłem wyciętym, wąskim objazdem muskając lusterkami pnie świerków. W takich momentach przewaga koni jest ogromna. Zgrabnie, odważnie pokonywały wszystkie przeszkody zostawiając samochód daleko w tyle.

GPS pokazał 900 m. n.p.m., do wioski, która znajdowała się 600 metrów niżej było około 1,5 kilometra. Zrobiło się naprawdę stromo, zresztą to typowy układ dolin dla tej części Karpat. Teraz już odwrót był niemożliwy. Konie poszły przodem, następnie Staszek z piłą, a na końcu ja. Szlak znów gdzieś zniknął, po prostu na pewnych odcinkach nie był namalowany. Przedarliśmy się przez las i wyjechaliśmy na stromą polanę, z której rozpostarł się widok na całą dolinę. Byliśmy blisko, w dole błyszczała kopuła cerkwi i wijąca się rzeka. Tym razem jeźdźcy zostali z tyłu, a ja powoli, z duszą na ramieniu ruszyłem w dół po zoranej przez dziki łące. Następnie głęboką ścieżką wymytą przez wodę, wjechałem wprost do czyjegoś ogrodu. Zdumieni właściciele wyrwali kilka ostatnich warzyw i przepuścili nas przez  ogród i podwórko. Tu czekała na nas niespodzianka – jedyna droga była zawalona bukowymi wyrzynkami. Konie mogłyby pójść bokiema, ale Defender – nie! Wszyscy wzięli się do pracy i po 20. minutach mieszkańcy dziękowali nam za ułożenie drewna w stos.
Ten dzień dał nam ostro w kość, fizycznie i psychicznie – zwłaszcza dla mnie był trudny. Konie za to się zbytnio nie zmęczyły. Spałem jak zabity, ale zadowolony, że wszystko poszło dobrze.

Celem ostatniego dnia, 1. etapu, był Zalew. Konie z jeźdźcami żwawo ruszyły w górę znikając we mgle, a ja krętą i bardzo dziurawą drogą dojechałem do Miżgirii, gdzie zrobiłem spore zakupy. W Koloczawie skręciłem na południe i po kilku kilometrach na ekranie GPS’a pojawił się Zalew. Jednak ze zdziwieniem stwierdziłem, że w jego miejscu była zielona łąka, na której pasły się krowy!? Woda pojawiła się dopiero przy samej zaporze, poniżej której znajdowała się mała wioska. Zacząłem szukać miejsca na biwak, a przede wszystkim dobrej łąki, gdyż konie miały tu zostać dwa dni. Dostałem pozwolenie od właściciela tartaku, który miał kawałek pastwiska przy samej tamie. Przez radio skontaktowałem się ze Staszkiem, podałem namiary i przekazałem smutną wieść o zniknięciu zalewu.
Wieczorem znów zrobiło się wesoło. Ognisko i śpiewy przy akompaniamencie gitary i japońskiego fletu. Dla Gosi, Kasi, Witka, Tadka i Tomka był to ostatni wieczór w dzikiej Ukrainie.

ETAP DRUGI

Rankiem 14. września ruszyliśmy w stronę granicy zostawiając konie i Staszaka w obozie. Do przejścia w Bereznym mieliśmy cztery godziny jazdy, po drodze oczywiście zrobiliśmy jakieś drobne zakupy i tankowanie do pełna. Nic specjalnego, obecnie większość towarów kosztuje tyle samo, co w Polsce albo drożej. Po dwóch godzinach przypomniał sobie o nas ukraiński „zwyczaj”. Widocznie turyści, chcąc nie chcąc, muszą tu zostawić trochę pieniędzy ekstra! Niestety w drodze powrotnej również zapłaciliśmy łapówkę. Tego dnia ukraińska milicja zgarnęła od nas około 500. złotych. W sumie przez trzy tygodnie ubyło nam około 600 złotych, co uważam za i tak niezły wynik, bo można tu „zostawić” nie tylko pieniądze.
Po obfitym śniadaniu: Julka, Zosia, Ola dwie Marysie i Staszek ruszyli wzdłuż wyschniętego zalewu na grzbiet Połoniny Krasnej. Ja tymczasem wróciłem do Kołoczawy skąd powinna prowadzić droga na połoninę. Jak się okazało bez pomocy mieszkańców nie miałbym szans jej odnaleźć. Wystarczyło przejechać 200 metrów korytem rzeki, następnie skręcić w lewo w mniejszy potok i przez niewielki wodospad wdrapać się na właściwą drogę. Zanim dotarłem na główny grzbiet, zdążyłem się dwa razy zakopać. Po przekroczeniu 1000 m. n.p.m. widoczność zmalała do zera. Zresztą na GPS-ie również nic nie było widać. Jedynie mój ślad na ekranie okazał się bardzo pomocny. Wraz z użyciem standardowej mapy i kompasu określał czy jadę dalej głównym grzbietem.

Skontaktowałem się ze Staszkiem, ich pogoda też nie rozpieszczała, oprócz mgły mieli wiatr i mżawkę. Ustaliliśmy szybko miejsce biwaku tak aby był dostęp do drewna i ruszyłem przed siebie. Po drodze kilka wysokich szczytów w tym najwyższy, Topaz 1548 m. n.p.m. Znalazłem odpowiednie miejsce, mniej więcej w połowie Połoniny Krasnej. I jak zwykle: najpierw rozbicie namiotu, potem plandeka, ognisko i ogrodzenie. Kolejność nie jest przypadkowa. Zależy głównie od pogody i czasu, który pozostał do przybycia jeźdźców. Dojechali. Zmoczeni, ale szczęśliwi usiedli przy ognisku.

Rozdałem gorącą herbatę, rozwiesiliśmy mokre rzeczy nad ogniskiem i zabraliśmy się za jedzenie. Jeszcze tylko  koniom rozsypałem owies, który dostawały dwa razy dziennie. Przez cały kolejny dzień mgła nie ustępowała. Przejechaliśmy całą Połoninę do końca i dopiero na dnie doliny widoczność się poprawiła.
Tego dnia chcieliśmy dojechać jak najbliżej Świdowca jednak nasze plany pokrzyżowała usterka Defendera. Podczas trudnego zjazdu z połonin od ramy oderwał się główny stabilizator tylnego mostu, uniemożliwiając dalszą jazdę. Po szybkiej ocenie sytuacji jeźdźcy ruszyli w poszukiwaniu miejsca na biwak, a ja skierowałem się w stronę Ust-Chornej. Poznałem wszystkich tamtejszych mechaników, ale dopiero ostatni zgodził się na próbę naprawy. Wtedy zdałem sobie sprawę z powagi awarii, która mogła zakończyć naszą wyprawę. Zrobiło się późno więc umówiłem się z mechanikiem nazajutrz o 9. rano.

Zza gór wyłonił się księżyc oświetlając całą dolinę, z której dobiegał szum górskiej rzeki. Po usmażeniu rydzów na gorących kamieniach i odśpiewaniu „Czwartej nad ranem” poszliśmy spać. Rankiem konie ruszyły na wschód, w największy masyw górski naszej wyprawy, a ja do warsztatu. Po czterech godzinach cięcia, spawania i przykręcania, Defender był gotowy do drogi. Kupiłem świeżutki chleb, prosto z miejscowej piekarni, i ruszyłem w pogoń za grupą.
Wypogodziło się, zza chmur wyszło słońce, głaszcząc promieniami, uśmiechnięte twarze jeźdźców. Widoki niekończących się pasm górskich i połonin Świdowca zatykały dech w piersiach. A czerwone borówki smakowały jak najlepsza rzecz na świecie. Złapaliśmy kontakt radiowy. Minąłem dwa samochody pełne ludzi i worów z grzybami. To tak zwana „mafia grzybowa” zbierająca głównie prawdziwki i przemycająca je na zachód. Grzybów tu nie brakowało, w przeciwieństwie do zwierząt. Spotkaliśmy się na przełęczy i ustaliliśmy miejsce biwaku. Długim trawersem zjechałem w dolinę, która kształtem i roślinnością przypominała tatrzańską. A konie ruszyły na szczyt Pidpula 1629 m. n.p.m.

Rozstawiłem namiot na brzegu lasu, niedaleko ogrodzeń używanych w czasie wypasów owiec, na wysokości około 1330 m. n.p.m. Ciemne chmury przysłoniły niebo. Świerki zabujały się od silnego podmuchu wiatru, który zapoczątkował nieprzewidziane załamanie pogody. Dotarli jeźdźcy. Konie schowaliśmy w lesie osłaniając je od wiatru i coraz mocniej padającego deszczu. Sami zaś uciekliśmy do namiotu.

Rankiem wyjrzałem na zewnątrz – zerwana plandeka szamotała się w gałęziach świerkowych. Grzbiety połonin pokryte były warstwą śniegu, który z wiatrem zaczął wdzierać się do środka. Zasunąłem zamek. Po długiej naradzie postanowiliśmy przeczekać, tylko Staszek nie odpuścił. Zabrał mapę, radio i ruszył na samotną wycieczkę. Reszta opatulona śpiworami, wyczekiwała poprawy pogody. Zaczęło się ściemniać. Od paru godzin nie mieliśmy kontaktu z naszym samotnym wędrowcem i robiło się nerwowo. Nagle w radiu usłyszeliśmy głos: „Szczyt zdobyty!!! Będę za godzinę!”. Udało mu się wejść na szczyt Tataruka 1707 m. n.p.m., znaleźć górskie jeziorka, a przede wszystkim poznać początek jutrzejszej trasy. Zadowolony, usiadł na karimacie ściągając sople z brody. Kiedy już się najadł, wyciągnął mapę i wyznaczył drogę. Nie mogliśmy dłużej czekać na zmianę pogody dlatego o świcie zwinęliśmy obóz. Jeźdźcy poubierani we wszystko co mieli, ruszyli stromą ścieżką, znikając w chmurach. Weszli na szczyt Ungarjaska 1707 m. n.p.m. jednak bardzo silny wiatr zmusił ich do zejścia z grzbietu i wędrówki nieco poniżej, co przy zerowej widoczności, bardzo utrudniło nawigację. Do tego padający śnieg, z czasem zamieniający się w deszcz, mocno ich doświadczył. Świdowiec pokazał swe prawdziwe oblicze. Dojechałem do wioski rozglądając się za odpowiednim miejscem na biwak. Wąska dolina z gęstą zabudową i małymi pogrodzonymi działeczkami nie napawała optymizmem. Po godzinie „zwiedzania” znalazłem skrawek terenu po drugiej stronie potoku. Znów namiot, plandeka ognisko i jak najszybciej gorąca herbata. Zmarznięci i przemoczeni rajdowicze chwycili za kubki ogrzewając się przy ognisku. Zauważyliśmy, że przez wezbrany potok przeprawia się starszy człowiek. Jak się okazało właściciel tego terenu. Sympatyczny Ukrainiec bez wahania zgodził się żebyśmy tu zostali. Usiadł przy ogniu i z zaciekawieniem wypytywał i opowiadał do późnych godzin nocnych .

Następnego dnia obudził nas częstując świeżym mlekiem prosto od krowy. Od rana świeciło słońce mobilizując do dalszej drogi. Skierowaliśmy się na zachód. Tym razem te ostatnie dwa dni po Połoninie Krasnej czyli Czerwonej, oprócz chmur i deszczu pokazały piękny obraz płonących czerwienią borówczysk ciągnących się po horyzont. Na jednym ze szczytów spotkaliśmy grupę Polaków w samochodach terenowych. Z lekkim niedowierzaniem obserwowali szybko przesuwający się zastęp hucułków doganiany przez niebieskiego Defendera. Nauczeni poprzednimi doświadczeniami, nie zjechaliśmy do dna doliny. Rozbiliśmy się wysoko na około 920 m. n.p.m. na skraju szerokiej polany, gdzie nie brakowało ani trawy, ani opału. Rozpaliliśmy ognisko, a dźwięk gitar odbijający się od zboczy gór cicho opadł w dolinę układając nas do snu.

ETAP TRZECI

O świcie 22. września spakowaliśmy bagaże dziewczyn i ruszyliśmy. Tym razem zamiast przykrego spotkania z milicją natrafiliśmy na sympatycznego Polaka, który samotnie przechodził cały łuk Karpat. Spotkaliśmy się we dwóch parę dni wcześniej w Ust – Chornej, gdy uzupełniał prowiant. Po krótkiej rozmowie poczęstowaliśmy wędrowca jabłkiem i życząc mu dobrej pogody ruszyliśmy dalej. Na granicy czekała zmiana, czyli Ala, Magda i Sylwia. W sumie zostało nas sześć osób łącznie z Olą, która wydłużyła sobie rajd o drugi tydzień. Dobrze się złożyło, bo jeden z hucułów odparzył grzbiet i nie nadawał się do jazdy. Rankiem obudził nas szum kropel deszczu uderzających o namiot. W końcu każdy musiał trochę zmoknąć. Ale żeby aż tak? Przez cały dzień ani na chwilę nie przestało padać, a odcinek był bardzo długi. Rozdzieliliśmy się. Po dziewięciu godzinach ujrzałem doszczętnie przemoczonych jeźdźców, którym nie pomogły nawet trzy warstwy kurtek . Miałem dużo czasu zanim przyjechali więc od razu mogli zjeść ciepły posiłek i wysuszyć się przy ognisku

Dopiero w nocy przestało padać. Staszek jak zwykle wstał pierwszy, rozpalił ognisko i nastawił wodę. Zapowiadał się piękny dzień. Bezchmurne niebo i słońce wychodzące zza gór wprawiły wszystkich w dobry nastrój. Szybkie śniadanko i: -Jazda! Ruszyliśmy, jednak po chwili napotkaliśmy niespodziewaną przeszkodę. Rzeka, którą dzień wcześniej bez problemu przejeżdżałem, gwałtownie wezbrała i razem z silnym prądem stworzyła spore wyzwanie. Pojechałem jako pierwszy. Defender powoli, ale skutecznie toczył się po dnie nabierając nieco wody. Wyjechałem na brzeg. Nie było tak głęboko jak się na początku wydawało. Konie ostrożnie, ale odważnie weszły do rzeki, pewnie stąpając po kamieniach. W najgłębszym miejscu woda sięgnęła im po sam brzuch, lekko spychając w dół. Po kilku minutach wszyscy byli na drugim brzegu. Znów się rozdzieliliśmy. Konie ruszyły bukowym grzbietem. Znając już ten stromy i „nieprzejezdny” odcinek, pojechałem okrężną drogą. Mieliśmy się spotkać w rejonie Połoniny Kuk. Wjechałem na główny grzbiet rozglądając się za odpowiednim miejscem na nocleg. Na bocznym grzbiecie na wysokości 1230 m. n.p.m. stała drewniana chatka., przy której rozstawiłem namiot. Budynek był zbyt mały i w kiepskim stanie żeby w nim zamieszkać, ale świetnie się sprawdził jako osłona od wiatru i polowa kuchnia. Wyszedłem na główny grzbiet i przez aparat zacząłem wypatrywać jeźdźców. Z lasu wyłonił się zastęp, żwawo kroczący w moją stronę. Niebo zaczęło się czerwienić i po chwili słońce schowało się za górami. Od dawna już nie widzieliśmy zachodu słońca. Koniec pięknego dnia uczciliśmy gotowanymi pierogami, które kupiłem na targu w Miżgirii.
Wstaliśmy wcześnie rano. Górą przewalały się kłęby chmur, przez które przebijały się promienie słońca. Z każdą minutą robiło się cieplej, co mocno rozleniwiło wylegające się konie. Nawet owies, o który staczały bitwy, nie był w stanie ich oderwać od ziemi. W końcu ruszyliśmy przez pola borówek w kierunku szczytu. Ja odbiłem na trawers i odjechałem w stronę przełęczy, gdzie zaplanowaliśmy biwak. Jeźdźcy wjechali na Kuk 1361 m. n.p.m. i zrobili długą przerwę wygrzewając się w słońcu. Świetna widoczność sprzyjała rozpoznawaniu pasm górskich i szczytów. Borżawa, Krasna, Świdowiec oraz Gorgany i Czarnochora, w których jeszcze nie byliśmy. Setki kilometrów dzikich gór, które niejeden raz, nas tu jeszcze przyciągną.

Najpierw usłyszałem jakiś głos a potem uśmiechnięte buźki wyłoniły się zza grzbietu. Wstawiliśmy konie za ogrodzenie i rozsypałem im ulubiony przysmak. Dzień sprzyjał gotowaniu dlatego czekała nas prawdziwa uczta. Z nazbieranych grzybów szybko powstał sos, który ze smażoną karkówką, ziemniakami i pomidorami tworzył dla nas poezję smaku. Po prostu rozpusta. Usiedliśmy dookoła ogniska. Morze gwiazd zawisło nad naszymi głowami od czasu do czasu puszczając oko. Zagrały struny i pieśń huculska popłynęła po połoninach. Długo jeszcze słuchaliśmy Staszkowych opowieści, które zapisały sie w każdym z nas.

Kolejny dzień przywitał nas mżawką i gwałtownym ochłodzeniem. Ciepło ubrani jeźdźcy ruszyli w stronę głównego masywu Borżawy. Zjechałem w dolinę. Uzupełniłem prowiant i kamienistą drogą, która początkowo prowadziła obok wyciągu narciarskiego, wjechałem na połoniny. Planowaliśmy biwak na granicy lasu. Jednak strome zbocza i bardzo słaba widoczność uniemożliwiły mi znalezienie dobrego miejsca. Skontaktowałem się ze Staszkiem i postanowiliśmy, że znajdę coś na grzbiecie. Płaski teren okresowo zmieniający się w jeziorko był idealnym miejscem pod namiot. Samochód ustawiłem tak aby osłaniał go przed coraz silniejszym wiatrem. W międzyczasie, rajdowicze zmagający się z chłodem i przelotnymi deszczami, przytuleni do swoich koni, wypatrywali z utęsknieniem obozowiska. Na szczęście nie musieli długo czekać. Konie ustawiły się tyłem do wiatru i zaczęły przeszukiwać teren. Przerzuciliśmy bagaże do namiotu i odpaliliśmy kuchenkę bod czajnikiem. Wiatr zmienił kierunek coraz mocniej szarpiąc namiotem. Usłyszeliśmy grzmot, poprzedzający nadciągającą burzę. Po chwili poczuliśmy się jak w czasie sztormu. Świst wiatru i huk walącego w namiot deszczu zagłuszył nasze myśli. Z trudem zasnęliśmy. Znajdowaliśmy się na wysokości 1440 m. n.p.m. gdzie przy tak szybkim spadku temperatury deszcz zamienił się w śnieg.

Rano nikt nie chciał wyjść z ciepłego śpiwora, tym bardziej z namiotu. W końcu założyłem buty i wyszedłem na zewnątrz. Wszystko było pokryte lodem. Nisko przelatujące chmury oraz promienie słońca oświetlające białe grzbiety połonin przypominały krajobraz z innej planety. Wyciągnąłem owies. Konie z białymi grzywami i ogonami szybko podbiegły biorąc się za jedzenie. Sprawnie zapakowaliśmy auto i jeźdźcy ruszyli oszronionym grzbietem w stronę Stocha. Czekał ich długi dzień, do doliny mieli spory kawał drogi. Za to widoki rekompensowały wszystko. Odpaliłem Defendera, zjechałem w dół i ruszyłem okrężną drogą w kierunku Swalawy, dużego miasta u podnóża Borżawy. Dokupiłem owies i jadąc wzdłuż głównej linii kolejowej do Wilna, odnalazłem miejsce biwakowe. Rozbiłem się nad rzeką, gdzie nocowaliśmy już na poprzednim rajdzie. Szybko rozstawiłem mokry namiot i wziąłem się za ognisko. Późnym popołudniem wszyscy byliśmy w komplecie. Ostatni wieczór jak zwykle spędziliśmy przy ognisku śpiewając, grając i opowiadając o wrażeniach. Każdy jednak myślał o następnej wyprawie.

Obudził nas gwizd pociągu. Ostatni raz zwinęliśmy namiot, plandekę i ruszyliśmy do Polany odstawić konie. Przyjechałem pierwszy. Podpiąłem przyczepę i przepakowałem bagaż z Land Rovera robiąc miejsce dla ekipy która właśnie nadjeżdżała. Pożegnaliśmy się z końmi, które zadziwiły nas swoją niezwykłą wytrzymałością pomimo, że na co dzień nie chodziły w rajdach. Przed granicą zatankowałem do pełna. Kontrola przebiegła sprawnie, bez żadnych niespodzianek i po pół godzinie jechaliśmy już w stronę Polski.

Czy ukraińskie góry nas zaskoczyły? Trochę tak, ale w końcu na to liczyliśmy. Przywieźliśmy wór doświadczeń, z których na pewno skorzystamy. Udało się zrealizować plan i to był nasz sukces. Chociaż największym sukcesem byli ludzie, którzy odważyli się z nami pojechać.

 

FOTORELACJA

Zdjęcia wykonane przez uczestników wyprawy

 ETAP I

 ETAP II

 ETAP III